PiSkorz pisze:W PiS-ie trafiają się ludzie o niejasnej przeszłości ale są to wyjątki . Natomiast w tzw. opozycji totalnej jest to regułą . Nie bez powodu Platforma , Nowoczesna , Kodziarze i PSL z taką zawziętością bronią ubeckich emerytur .


Poproszę o 10 przykładów. Nie powinieneś mieć z tym problemów skoro to reguła.

Edward Łysiak - Kresowa opowieść - Michał

W tym dziale możesz się podzielić przemyśleniami po przeczytaniu książki. Możesz również zapytać o polecane przez użytkowników pozycję w wybranych tematach. Generalnie książki.

Moderatorzy: Lolek00, Bilu1939, Nazgul

Awatar użytkownika
Worek
Administrator
Administrator
Posty: 17350
Rejestracja: 17 grudnia 2009, 09:37
Lokalizacja: Tannenberg

Edward Łysiak - Kresowa opowieść - Michał

Postautor: Worek » 07 lutego 2014, 17:15

Właśnie skończyłem I tom Łysiaka Kresowych opowieści.
Obrazek
Miałem ostatnio poczytać sobie coś nieskomplikowanego. Wyjątkowo szczęśliwie trafiła w moje ręce ta właśnie pozycja.
Książka napisał amator, ale mający spore zacięcie do opisywania codziennego życia i skomplikowanych relacji międzyludzkich na Kresach, a dokładnie Pokuciu. Sam początek wydawał się słaby, ale za to szybko mnie ta lektura wciągnęła. Opisy życia ludzi, różnice kulturowe między polakami, ukraincami, żydami, ormianami i hucułami. Dramatyczne opisy mordów UPA i później komunistów, bezsensownego terroru i ludzkiej zawiści. Nie jest to fantazja i bohaterowie tej opowieści, to autentyczni ludzie tam mieszkający. Pozycja ciekawa, dużo folkloru, tekstów oryginalnych w oryginalnych językach. Dużo dramatycznych sytuacji.
Polecam. Szczerze.
"Poskrobcie z wierzchu konserwatystę a znajdziecie kogoś, kto przedkłada przeszłość nad jakąkolwiek przyszłość." - Frank Herbert

Awatar użytkownika
Worek
Administrator
Administrator
Posty: 17350
Rejestracja: 17 grudnia 2009, 09:37
Lokalizacja: Tannenberg

Postautor: Worek » 26 lutego 2014, 20:44

Moja przygoda z tą pozycją ma swoje kolejne losy.
Porozmawiałem sobie z autorem. Poznałem, co było dla mnie zaskoczeniem, faktyczną prawdę tej opowieści.
Polecam stronę autora
http://pokucie.republika.pl/

i kawałek historii:

Jan Sitnik – Niemcza


Położenie i nieco historii miasta

Kosów Huculski – miasto powiatowe, w 1939r. liczące około 11 tysięcy mieszkańców narodowości polskiej, rusińskiej(ukraińskiej), ormiańskiej i żydowskiej. Pojedyncze rodziny były narodowości niemieckiej, rumuńskiej, czeskiej, słowackiej i rosyjskiej.

Miasto rozciągające się na lewym brzegu rzeki Rybnicy pasem szerokości 300 – 400m na długości ok. 4 km Od wschodu od Starego Kosowa, przez właściwe miasto w kierunku zachodnim przez byłe wsie Monastersko i Horod. Szerokość miasta ograniczała rzeka od południa a od północy Góra Miejska i ciągnące się ze wschodu na zachód wzniesienia ok. 100 m aż do podnóża Karpat. W początkach lat 30. włączono do miasta lewobrzeżną wioskę Moskalówkę.

Kosów wywodzi swą nazwę od rodu Kossakowskich, którzy wybudowali zamek na Górze Miejskiej(XV-XVI w) i byli fundatorami pierwszego modrzewiowego kościoła.

Obecność zamku umożliwiła rozwój osady w miasto. Skutkiem wojen i najazdów oba obiekty, jak i wiele innych budynków, uległo całkowitej zagładzie. Zachowana dość wyraźna fosa obronna posłużyła za masowy grób dla ok. 2500 Żydów rozstrzelanych w czerwcu 1942 r. Kościół murowany na wzniesieniu moskalowieckim ufundował hetman Tadeusz Dzieduszycki w 1771r. Kościół ten został zburzony przez komunistów w latach 1970-71. Uratowano jedynie figury świętych z ołtarzy, które są obecnie w kościółku w byłej kaplicy cmentarnej, konsekrowanej 1 listopada 1991 r. Obrazy Drogi Krzyżowej znajdują się w cerkwi we wsi Wierzbowiec, konfesjonały w cerkwiach w Monasterskiej i Moskalowieckiej. Również obraz M. B. Częstochowskiej przechował się w cerkwi moskalowieckiej, który w czasie uroczystości konsekracyjnych w uroczystej procesji pod przewodnictwem ks. greko-katolickiego, Iwana przyniesiono do kościoła gdzie dotąd pozostaje.

Cztery budynki szkolne (dwa na Moskalówce) zapewniały dostęp do powszechnego nauczania w języku polskim. W sąsiednich wioskach jak Wierzbowiec, Stary Kosów, Smodna, nie licząc tych dalej położnych były szkoły wiejskie z ukraińskim językiem wykładowym. Żydzi również mieli własną szkołę. Jednakże do tzw. Polskiej Szkoły chodziły dzieci i ukraińskie i żydowskie przeważnie z bogatszych rodzin.

Szpital powiatowy z dyrektorem dr. Ciszką, dr. Tobiczykiem, dr. Libchartem i innymi oraz kilka gabinetów prywatnych o kierunku interny, stomatologii i okulistyki również finansowanymi przez Kasę Chorych zapewniały opiekę lekarską.

Żydzi posiadali okazałą synagogę, spaloną przez Niemców w 1942 r. nad którą sprawował władzę rabinacką ród Heglerów. Rusini posiadali cerkwie greko - katolickie w Monastersku i Moskalówce, oraz Narodnyj Dim jako placówkę kulturalną z biblioteką. Spłonęła ona w 1933 roku. Również kino było jedną z ważnych ogólnie dostępnych placówek kulturalnych. W latach 1932-33 wniesiono okazały Polski Dom Ludowy z salą widowiskową, w której występował okazjonalnie teatr ze Stanisławowa. Często młodzież zrzeszona w K.S.M.(Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży) wystawiała sztuki teatralne jak i wieczory ze śpiewami i deklamacjami. Mieściły się tam siedziby oprócz KSM organizacja „Strzelec” oraz klub piłki nożnej i siatkówki „Strzelec”. Do Domu Ludowego przylegał stadion piłkarski z boiskami do siatkówki.

Parafię polską w ostatnich latach prowadzili księża Franciszkanie z klasztoru w Sanoku. Proboszczem i Gwardianem był Eugeniusz Węgrzyn, katechetą o. Kożuszek a wikarym o. Benedykt. Z poprzednich pamiętam ks. Bolesławskiego i Witta. Dom „Sokoła” z dużą salą oraz kręgielnią zapewniał możliwość uprawiania gimnastyki ogólnej i przyrządowej. Na placu „Sokoła” odbywały się festyny z loterią fantową. Nowoczesny basen kąpielowy oraz kąpieliska nad kryształowo czystą Rybnicą pozwalały na uprawianie sportów pływackich tak zawodniczo jak i rekreacyjnie, szczególnie u stóp wodospadu „Huk”.

Restauracje Sowickiego i Trochanowicza oraz zajazdy Fernbacha, Steinera i Fibera zapewniały smaczne i różnorodne posiłki. Kawiarnie oprócz smacznych napojów organizowały dancingi w każdą sobotę i niedzielę. Najbardziej znaną i odwiedzaną była kawiarnia „Nad Hukiem”. Zawieszona na skale nad wodospadem gdzie z tarasu można było podziwiać panoramę gór i nurt bystry rzeki z pensjonatem „Na skale” a w dole pływających kajakami wśród szumu rozpryskującej się wody na skałach wodospadu.

Do roku 1910 była czynna kopalnia soli, która na skutek obfitych opadów i osunięcia się ziemi została zalana. Na miejscu szybu zbudowano warzelnię soli na bazie wydobywanej solanki z zalanej kopalni, zwaną popularnie Saliną. Tam też zbudowano na rzece piękny żelbetonowy łukowy (bez podpór) most zwany Salinarnym, który w 1941 r. Sowieci uciekając przed Niemcami wysadzili minami. Salina została zniszczona w czasie II wojny światowej, będąc w bezpośrednim sąsiedztwie frontu.

Elektrownia z dwoma generatorami napędzanymi silnikami Diesla zapewniała miastu oświetlenie. W 1937 i 1938 r. przy prowadzeniu wierceń naftowych odkryto złoże gazu ziemnego(ok. 300 atm. ciśnienia) na Wierzbowcu i wykorzystując go wybudowano elektrownię cieplną, która w 1939 dała do sieci prąd. Niestety po wkroczeniu Sowieckich wojsk wszystko zostało zniszczone. Poza tym istniało wiele zakładów rzemieślniczych jak stolarskie, garbarskie, kuśnierskie, krawieckie, kamieniarskie, kilimarskie, trykotarskie, rzeźbiarsko inkrustacyjne i intarsjowe oraz ceramiki ozdobno użytkowej i użytkowej – garnarze.

Zapewniały one pracę i zbyt na słynnych środowych jarmarkach kosowskich jak również rozwijały ludową twórczość artystyczną opartą na motywach huculskich. Najsłynniejszymi ceramikami byli o. Bachmiński z Kosowa, jego uczeń Koszak z Pistynia, Baranowski, Tymiak, Wołoszczuk i Ćwiłyk z Kosowa oraz bracia Broszkiewicz i Napp z Kut.

Znane z pięknych wyrobów i chętnie kupowane przez letników wytwórnie dywanów i trykotarzy Hillmanów oraz kilimów, portierów i płótna siatkowego dr. Kneippa J. Gruszkowskiego posiadającego też sklep firmowy w Krynicy.

W Kosowie żył słynny rzeźbiarz inkrustator – legionista i przyjaciel J. Piłsudskiego Ukrainiec Wasyl Dewdiuk o przydomku „Burak” – twórca i nauczyciel całej rzeszy ludowych twórców – artystów. Tutaj mieszkał też Józef Sitnik – mój ojciec – kuśnierz szyjący standardowe i zdobione kożuchy i tzw. kiptary (bez rękawów) dla młodych biorących ślub.

Wincenty Klusik szył kożuszki farbowane na brązowo. Dwie apteki St. Bursy i Łukasiewiczów zapewniały zabezpieczenie nabywania lekarstw.

Dr Apolinary Tarnawski w 1891 r. na powierzchni niespełna 15 hektarowej we wsi Smodna przy trakcie do Kut otworzył słynny zakład leczniczy. Kuracjusze przyjeżdżający z całej Polski mieszkali w domkach typu willowego. Leczenie było naturalne bez leków chemicznych. Obowiązywała jarska kuchnia i przestrzeganie rozkładu dnia i regulaminu Zakładu. Rozkład dnia obejmował pobudkę o godz. 6.00, gimnastykę na świeżym powietrzu, spacer boso po rosie, lekkie śniadanie, kąpiel solankowa, kąpiel zimną w rzece, spacer rozgrzewający, obiad a po nim odpoczynek. Po lekkim podwieczorku znów gimnastyka, przebieżka, kolacja i o 20.00 sen. Moja sąsiadka Józefa Bybluk była masażystką m.in. państwa Mikołajczyków.

Kosów rozwijał się pod rządami starosty Winiarskiego oraz Burmistrzów Ćwiklińskiego i ostatniego burmistrza płk. w st. spocz. Lewickiego. Żona burmistrza pani Lewicka prowadziła pensjonat „Na skale” w Horodzie powyżej wodospadu Huk.

Ponieważ Kosów charakteryzował się łagodnym klimatem, średnia roczna +9 oC gdy Zakopane miało tylko 4 oC, rozwijał się ruch turystyczny oraz sporty. Bazę noclegową wraz z wyżywieniem zapewniał szereg pensjonatów, których nazwy uległy zapomnieniu. Zbocza góry Michałków 812m n.p.m. świadczyły wspaniałe trasy zjazdowe a wybudowana w 1938 r. skocznia mogła wykreować skoczków narciarskich. Cała infrastruktura uległa zagładzie w czasie działań wojennych, ponieważ Kosów był w bezpośredniej bliskości linii frontu.

Handel zdominowany był przez Żydów. Oprócz sklepu polskiego „Składnica polska”, ukraińskiego „Torhiwla” i czterech czy pięciu małych sklepików ogólno-spożywczych wszystkie inne były w rękach żydowskich. To było.


Wojna

Przyszedł rok 1939 – wrzesień, a ściślej druga połowa września. Sznur samochodów, furmanek, tankietki, samochody pancerne i luźne grupy wojska ciągną ku granicy rumuńskiej w Kutach.

Na dwa dni zatrzymuje się w Kosowie ze swoim sztabem Rydz-Śmigły - Wódz Naczelny. Po dwóch dniach odjeżdża w kierunku Kut.

Z początkiem października wkraczają wojska Armii Czerwonej. Nędznie odziani żołnierze w postrzępionych szynelach, karabiny bez pasów albo na sznurkach. Dryl iście pruski. Żołnierze nie rozmawiają z nikim, niczego nie przyjmują, nawet owoców, które leżą w pryzmach na ogrodach bo nie ma co z nimi zrobić. Będący u nas na kwaterze, po ciepłą wodę chodzą do sąsiada Ukraińca mieszkającego po drugiej stronie ulicy. Dopiero gdy mama zapytała „komandira” dlaczego nie przyjdą po co im trzeba do nas, przecież przez korytarz jest bliżej i wygodniej niż chodzić na drugą stronę ulicy, to on wyjąkał, że obawiali się iż my Polacy nie damy im nic, a nie chcieli narazić się na odmowę. Tak im przedstawiali Polaków „politrucy”. Później zaczęli przychodzić do nas z drobnymi sprawami.

Zaczęła się szkoła i szok z powodu konieczności uczenia się historii Rosji od zarania jej dziejów. Nazwiska chanów mongolskich, kniaziów, dat to była makabra. Zapytany nic nie umiałem, więc wychowawczyni pani Madziarska pozostawiła mnie „po szkole” żebym się uczył. Wypełniając dziennik zauważyła, że jednak się nie uczę. Czemu się nie uczysz? zapytała. Ja bez ogródek mówię, że gdyby to była historia Polski to bym się chętnie uczył a tej nie będę. Ją aż zatkało. Długo patrzyła na mnie i w końcu mówi – Musisz coś umieć wobec klasy. Naucz się jakiegoś rozdziału, a gdy zawołam do odpowiedzi, przyjdziesz do tablicy z zeszytem otwartym na tym rozdziale i ja z niego zapytam ciebie. Takim sposobem miałem dobre stopnie z historii Rosji.

Luty 1940 rok.

Pierwsza deportacja na Sybir m.in. trzech koleżanek z klasy – Krystyny Buczek, Zeni Dankiewicz i Rozalii Wielgosz – czy przeżyły? Nagonka na wszystko co polskie, religię, księży i kościół. Żydzi występują o zamknięcie kościoła. Odpowiedź – nie wolno bez powodu i tak nagle. Stopniowo trzeba dochodzić do celu. Stopniowo więc podwyższano podatek od kościoła. Gdyby w 1941 r. Sowieci nie uciekli to w 1942 na pewno zamknęliby kościół z powodu nie zapłacenia podatku.

Księża prawie co tydzień chodzą na NKWD na przesłuchania. Moja najstarsza siostra – Emilia – również jest przesłuchiwana. Pytają ją gdzie ukrywana jest broń, kto jest w organizacji kontrrewolucyjnej i o podobne bzdury. Gdy zgodnie z prawdą ona zaprzecza to przesłuchujący stwierdza, że skoro nie chcesz mówić to my poszukamy tych, którzy ci zabraniają.

Dorośli zgarniani są dwa, trzy razy w tygodniu na wiece agitacyjne trwające od 22-giej do 24-tej a nawet dłużej. W sklepach pustki i wielogodzinne kolejki za chlebem, cukrem a nawet solą, którą dowozi się bo Salinę zamknięto.

Wiosną sąsiad Żyd poinformował ojca, że jesteśmy wpisani na listę deportacyjną w lipcu albo sierpniu 1941 r. Rodzice spakowali trochę rzeczy i mąki a inne produkty spożywcze jak słonina, smalec itp. były w pogotowiu do zabrania. Czekaliśmy kiedy przyjdą. Na szczęście najazd Niemców na ZSRR udaremnił kolejną deportację. Sowieci uciekając wysadzili zbudowany w 1936 r. żelbetonowy, łukowy (bez podpór) most tzw. Salinarny. Powiat kosowski zajmują Węgrzy, którzy do Polaków odnoszą się przyjaźnie. Ukraińców traktują niemal tak samo jak Żydów – bardzo wrogo.

Sielanka nie trwa długo. W sierpniu 1941r. na skutek interwencji Ukraińców Węgrzy wycofują się za przedwojenną granicę Polski. Po dwóch tygodniach przychodzi wieść, że mają przyjechać Niemcy. Ukraińcy na ich przywitanie zbudowali bramę triumfalną z flagą niemiecką i portretem Hitlera po środku, a po bokach flagi ukraińskie z tryzubem, portrety Iwana Franka i Tarasa Szewczenki. Komitet powitalny, w skład którego wchodzili adwokat Rondiak, lekarz Kociubinski, nauczyciel Winnicki, sędzia oraz jeszcze jeden starszy pan, wszyscy ubrani we fraki, pod muszkami i w melonikach (bo byli wykształceni za czasów austro-węgierskich), oczekiwał około siedmiu godzin. Wokół zgromadziły się wielkie tłumy gapiów. Wtem poruszenie. Jedzie samochód ciężarowy. Zatrzymuje się około 100 metrów przed bramą powitalną, wysiada sześciu żandarmów. Rozglądając się podchodzą wolno do witających.

Pan Rondiak – 82 letni staruszek podchodzi z tacą, na której jest chleb i sól, zaczynając mowę powitalną po niemiecku. Jeden z żandarmów Hucz, rodem z Poznania, pyta po polsku, wskazując na bramę, co to jest. Pan Rondiak przerywając zaczętą mowę i bardzo zdumiony wyjaśnia, mówiąc z konieczności po polsku, znaczenie flag sino-żółtych oraz portretów.

Gdy żandarm wyjaśnia pozostałym kolegom o co chodzi, komendant przekazuje Huczowi swoją decyzję, który po polsku przekazuje ją panu Rondiakowi oraz Komitetowi powitalnemu: portret Hitlera i flagę niemiecką zdjąć i zanieść na posterunek, resztę natychmiast rozebrać. Wszyscy milkną zaszokowani. Pan Rondiak próbuje jeszcze coś wyjaśnić. Słyszy krzyk – raus. Więc ci panowie jak stali, musieli wszystko rozebrać, pociąć na klocki, porąbać i jako drwa opałowe wraz z portretem i ich flagami poznosić na posterunek do spalenia.

Kilku panów z Komitetu powitalnego odchorowało tę uroczystość. Zaczynają się rządy niemieckie. Nie ma w obiegu żadnych pieniędzy. Ukraińcy wydrukowali swoje Hrywny i Sotyki (grosze), próbując puścić je w obieg. Nikt tych papierków nie przyjmuje. Po kilku dniach wchodzi do obiegu złoty emisyjny. Szok i wściekłość wśród Ukraińców nie do opisania. Dlaczego na ich Ukrainie środkiem płatniczym ma być polski złoty. Wówczas powstał czterowiersz:

Niemiecka Galicja

Ukraińska policja

Polska waluta

Żydowska pokuta

Jesienią Niemcy robią nabór do dywizji SS Hałyczyna. Pobór obejmuje młodych mężczyzn, przeważnie blondynów nie niższych niż 170 cm wzrostu. Podjeżdżają ciężarowe samochody. Zakwalifikowani przez komisję rekrutacyjną wsiadają na nie. Żandarmi niemieccy z pistoletami w ręku i psami odganiają wszystkich, którzy chcą się zbliżyć do samochodów. Krzyki, płacz, zamieszanie. W pewnym momencie podchodzą do auta staruszkowie – rodzice dwóch synów, chcąc się pożegnać. Zza samochodu wyskakuje Niemiec z psem. Pejczem uderza starego a pies przewraca kobietę. Dochodzi drugi żandarm i wspólnie biją tych nieszczęsnych, a psy ich szarpią rwąc kożuchy i włóczą ich po błocie ulicy. Gdy udało się im w końcu na czworakach odejść na bok, jeden z ich synów zawołał z samochodu – nie martw się tato i mamo, my przywieziemy wam Ukrainę jak nam wyrosną włosy na dłoni.

Zaczęły się wywózki młodzieży, do Niemiec na roboty do Baumadienstu, aresztowania i zsyłania do obozów koncentracyjnych. Aresztowano resztę inteligencji, której Sowieci nie zdążyli deportować, między innymi sędziego Ostrowskiego. Moją najstarszą siostrę Emilię w 1942 roku również wywieziono do Niemiec. Po miesiącu zabrano średnią siostrę Marię. W Kołomyi, w drodze z punktu zbornego na dworzec kolejowy nieznajomy mężczyzna idąc chodnikiem zapytał siostrę czemu nie uciekasz dziewczyno, czy chcesz jechać do Niemiec? Nie, nie chcę jechać, ale jak ucieknę, to całą rodzinę zabiorą do obozu, odpowiedziała siostra. Jak się nazywasz i skąd pochodzisz? – pyta nieznajomy. Maria Sitnik z Kosowa – słyszy odpowiedź. We Lwowie wszyscy przechodzili przez komisję lekarską, której zadaniem było oglądnięcie uzębienia, obcięcie włosów jeśli ktoś miał długie i oblanie głowy naftą. Gdy przyszła jej kolej, spytano o nazwisko i imię a po sprawdzeniu na liście panowie z komisji cicho ze sobą pogadali i wypisali zwolnienie jako całkowicie niezdolnej do pracy. Z powodu tego zwolnienia powróciwszy do domu była jakiś czas obiektem zainteresowania Ukraińców.. Musieli jednak uhonorować decyzję komisji ze Lwowa. Później okazało się, że tym nieznajomym mężczyzną z Kołomyi był fryzjer. Ukrainiec, który mając znajomości we lwowskiej komisji lekarskiej bezinteresownie uchronił siostrę od robót w Niemczech.


Czystki etniczne

Od 1943 roku zaczynają się sporadyczne mordy Polaków w odleglejszych wsiach. Luty 1944 jest ciepły. Niemcy opuszczają Kosów. Nastaje bezrząd. Pod koniec lutego wraca zima. Ogromne śniegi oraz nieustające zamiecie śnieżne trzymają do połowy kwietnia. W kwietniu przed Wielkanocą Banderowcy mordują w bestialski sposób 76 osób, w tym dwóch braci mojej mamy. W kilka dni po morderstwach, przyjeżdżają do Kosowa trzy sowieckie czołgi z frontu spod Śniatyna – około 40 km. Zajmują budynek sądu. Wielu Polaków z peryferii gromadzi się w okolicznych domach, szczególnie na noc. Trzeciego dnia czołgi szykują się do odjazdu. Następują tragiczne chwile. Ludzie blokują ulicę nie chcąc puścić czołgów. One wolno jadą, a ludzie mimo woli odstępują. Nagle pani Sawicka kładzie z rąk małe dziecko pod gąsienicę czołgu. Dowódca tłumaczy, że jechać muszą, bo ich wzywają do powrotu. Kończy się paliwo i są przecież poza frontem. Widząc upór i determinację zgromadzonych, zawiera ugodę. Kto chce iść z nami, niech weźmie ze sobą to, co uważa za stosowne i za dwie godziny wyruszamy. Słowa dotrzymuje. Po około dwóch godzinach gromadzi się około 35 może 40 osób. Panią Sawicką z dzieckiem biorą do środka do czołgu, a pozostałych dzielą na dwie grupy, które idą między pierwszym i drugim czołgiem. Aż do Śniatynia.

Pozostali mieszkańcy praktycznie nie śpią w domach. Z nadchodzącym zmrokiem opuszczają domy i szukają kryjówek. Póki jest śnieg i duże zaspy spało się w norach wykopanych w zaspach. Wiatr zawiewał ślady, zabezpieczając przed wyśledzeniem kryjówek. Wielu ludzi korzysta z pomocy przyjaznych Ukraińców, którzy z narażeniem życia pomagają przetrwać. Dla nas byli pomocni Iwan Kowaluk, Petro Strynadiuk, Iryna Młynczak i jej zięć Wasyl Sorochan i Porczak. Innym znanym nam byli Romanow oraz Antoni Szemelowskij. Ten pan przeżył tragedię osobistą. Miał dwóch synów, z których jeden poszedł do Banderowców. Drugiego, który odmówił zamordowali. Takich przyjaznych Ukraińców było wielu, ale o nich się nie mówiło dla ich i korzystających z ich pomocy bezpieczeństwa.

Pierwszego maja 1944 wchodzą wojska sowieckie. Front ustalił się na wzgórzach za Horodem. Obecność wojska dawała bezpieczeństwo. Po trzech miesiącach front przesuwa się na zachód, głębiej w góry na linii wiosek Jaworiw, Riczka, Bursztyn, Kosmacz oraz Tiudów nad Czemoszem. Zaczynają funkcjonować urzędy cywilne, milicja i NKWD. W mieście jest w miarę bezpiecznie. Na peryferiach miasta oraz w wioskach między Kosowem, Kutami, Zabłotowem i Kołomyją władza sowiecka praktycznie nie istnieje. Miasta te są okresami jakby w oblężeniu. Linie telefoniczne systematycznie są niszczone, drogi minowane. Taka sytuacja trwa do sierpnia 1945 roku, kiedy przy pomocy wojska zaczęto oczyszczać teren.


Wyjazd

We wrześniu 1945 zarejestrowaliśmy się w PUR na wyjazd do Polski. W listopadzie wraca z Niemiec moja siostra Emilia. Meldując się w „Pasportnom Stole” na NKWD, z przerażeniem ujrzała tego, który przesłuchiwał ją w 1940 roku. PUR nie chce dopisać siostry do naszej Karty Ewakuacyjnej bez zaświadczenia, iż jest zameldowana. NKWD takowego nie chce wydać stwierdzając, że nie po to przyjechała, żeby wyjeżdżać. W maju 1946 roku wyjeżdżamy do Kołomyi, skąd tego samego dnia ruszamy pociągiem do Polski – w nieznane. Udaje się siostrę przemycić przez granicę, chyba dzięki temu, że problemy z łącznością utrudniły NKWD jej ściganie. Po przejechaniu granicy między Chyrowem, a Ustrzykami wszyscy oddychają z ulgą, myśląc, że skończył się koszmar napadów. Przed Ustrzykami pociąg zatrzymuje się w lesie w wykopie. Nagle na skarpie pojawiają się grupy wyrostków i obrzucają wagony kamieniami. Szybko zasuwamy drzwi nie wiedząc co się dzieje. Słyszymy niby ukraińską mowę, więc były to łemkowskie dzieci. Gdyby to były grupy uzbrojone, zmasakrowaliby cały transport - 60 wagonów. Po trzech godzinach postoju pociąg rusza. Wjeżdżamy do Ustrzyk, a tu groza. Polscy żołnierze biegają z bronią. Wielu w zakrwawionych bandażach. Krzyki i nawoływania noszowych transportujących ciężej rannych. Pytamy co się dzieje. Właśnie odparliśmy napad Banderowców – odpowiada jeden z żołnierzy. Jak miniecie Krosno, to już będziecie bezpieczni. Po dziesięciu dniach dojeżdżamy do stacji Niegosławice za Przemkowem. Nikt z transportu nie chce tam pozostać, ponieważ Przemków jest zasiedlony, a w okolicy oprócz kołchozu sowieckiego oraz działającego Wehrwollu jest całkowite pustkowie. Po trzech dniach postoju oraz łapówce wręczonej w PUR we Wrocławiu, skierowano nasz transport z powrotem do Legnicy, od której poczynając w Jaworze, Strzegomiu, Jaworzynie Śl., Świdnicy, Dzierżoniowie i Kamieńcu Ząbkowickim pozostawały większe lub mniejsze grupy repatriantów.

Ostatnich osiem rodzin (samych kosowian) jest zmuszonych osiedlić się w Kamieńcu Ząbkowickim oraz okolicznych wioskach. Większe grupy kosowian zostają w Namysłowie i Kluczborku. Praktycznie jednak kosowianie rozrzuceni zostają po całej Polsce.

Stało się tak dlatego, ponieważ nikt nie organizował grupowych wyjazdów. W wielu przypadkach robili to księża wyjeżdżając i osiedlając się całymi parafiami. Nasi księża Franciszkanie zostali wezwani do klasztoru do Sanoka, więc parafianie byli zdani na siebie w podejmowaniu decyzji o terminie wyjazdu.
"Poskrobcie z wierzchu konserwatystę a znajdziecie kogoś, kto przedkłada przeszłość nad jakąkolwiek przyszłość." - Frank Herbert

Awatar użytkownika
NRohirrim
Prezydent
Prezydent
Posty: 12171
Rejestracja: 09 października 2009, 11:00
Lokalizacja: PL
Kontaktowanie:

Postautor: NRohirrim » 26 lutego 2014, 21:07

Cztery budynki szkolne (dwa na Moskalówce) zapewniały dostęp do powszechnego nauczania w języku polskim. W sąsiednich wioskach jak Wierzbowiec, Stary Kosów, Smodna, nie licząc tych dalej położnych były szkoły wiejskie z ukraińskim językiem wykładowym.

No niestety, ale była dyskryminacja nauczania ukraińskiego na rzecz polskiego, które to liczba szkół takich a takich zupełnie nie przystawała do procentowego udziału ludności.

Handel zdominowany był przez Żydów. Oprócz sklepu polskiego „Składnica polska”, ukraińskiego „Torhiwla” i czterech czy pięciu małych sklepików ogólno-spożywczych wszystkie inne były w rękach żydowskich.

No tak, polskie szkoły, żydowskie sklepy, a potem wielkie zdziwienie, że ukraińska wściekłość.
,,Lepiej żeby mowa była lepsza od ciszy, lub milcz'' - Dionizos z Halikarnasu

Awatar użytkownika
Worek
Administrator
Administrator
Posty: 17350
Rejestracja: 17 grudnia 2009, 09:37
Lokalizacja: Tannenberg

Postautor: Worek » 26 lutego 2014, 21:09

Kolejna rzecz:
Chcieliście żyć w wolnej Ukrainie, a że wolności nikt nie daje za darmo, walczyliście. Nas Polaków i was Ukraińców podzieliły metody waszej walki.

Zaczynam czytać, po ukraińsku: "Z prawdziwym wzruszeniem stoję w tym właśnie miejscu. Jeszcze jesienią 1944 r. był tu kościół, w którym modlili się Polacy. Z dzieciństwa pamiętam opowieści babci i mamy, które w Rybnie mieszkały. Mówiły o polskich i ukraińskich sąsiadach, o wspólnej pracy i zabawie, o pięknym i groźnym Czeremoszu. W tych opowiadaniach Rybno było spokojną wsią, w której mieszkali życzliwi ludzie.
REKLAMA

Drodzy mieszkańcy Rybna! Historia Waszego i mojego narodu jest skomplikowana i tragiczna. Kiedy próbujemy o tym rozmawiać, pojawia się mur uprzedzeń, który jest wynikiem obustronnie doznanych krzywd. Stoimy tutaj na Waszej ziemi, nie polskiej, ale Waszej. Tak, tu mieszkali Polacy, ale to nie Wy ich zaprosiliście. W 1349 r. przyszli sami. Osiedlili się na tych ziemiach, tu rodziły się ich dzieci. Ci, którzy się tutaj urodzili, nie znali innej ojczyzny niż Wasza ziemia. Tak było z moją rodziną, tak było z tymi Polakami, którzy są pochowani na pobliskim cmentarzu".

WOŁYŃ - KRWAWY WĘZEŁ: czytaj więcej w "Tygodniku Powszechnym" >>

"Prawie 600 lat trwał taki stan, ale w końcu Wy zapragnęliście żyć w wolnej ojczyźnie - mówię dalej. - Należy powiedzieć, że mieliście do tego pełne prawo. Wolności nikt nie daje jednak za darmo - podjęliście więc walkę. Nas podzieliły metody tej walki. Ci Polacy, którzy przeżyli, noszą w sercach głębokie rany, których nie potrafi wymazać czas. Dlatego w tym miejscu proszę, abyście ich zrozumieli, gdy czasem wypowiadają słowa gorzkie i pełne żalu. Chcę też powiedzieć, że w moim kraju często można usłyszeć słowa podziękowania dla wielu Waszych ojców i dziadków, którzy w tym dramatycznym momencie podali Polakom pomocną dłoń. Czy historia naszych narodów może dzielić? Uważam, że nie. Powinna jednak skłaniać do refleksji, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Trzeba pamiętać o przeszłości i unikać podobnych błędów w przyszłości.

Drodzy Mieszkańcy Rybna! Bardzo dziękuję za zgodę na upamiętnienie faktu, że kiedyś tutaj mieszkali Polacy. Doceniamy ten gest - jest to dar Waszego serca i my to wiemy. Niech ten pomnik trwa i mówi wszystkim, że w ludziach jest znacznie więcej dobra niż zła".

Kończę, a ksiądz Michajło z rybeńskiej cerkwi autokefalicznej mówi: - Od kiedy jestem kapłanem, a jestem już wiele lat, po raz pierwszy słyszę od Polaków takie słowa. Gdyby wszyscy w Polsce i na Ukrainie myśleli podobnie, nie byłoby muru między nami.

Jest maj 2011 r. Nasz powrót nad Czeremosz - to finał historii, która zaczęła się 70 lat wcześniej, a która ma ciąg dalszy, trwający do dziś.

70 LAT TEMU

Kwiecień 1944 r. W galicyjskich Kutach schroniły się przed UPA setki ludzi z okolicznych wsi. Wśród nich moja mama. Ale UPA wkracza do miasteczka i zaczyna eksterminację Polaków i Ormian. W ciągu dwóch dni zabiją 200 osób. Wasiuta Nargan, 20-letnia Ukrainka z Rybna, odnajduje mamę, przebiera ją w ukraiński strój ludowy i wyprowadza z Kut.

Wieczór, 10 listopada 1944 r. Zaroślami nad Czeremoszem zbliżają się do Rybna dwie sotnie UPA, wzmocnione Hucułami z górskich wiosek. Kilkuset mężczyzn zbrojnych w noże, siekiery i widły idzie "oczyszczać ukraińską ziemię z cużyńców". W Rybnie "cużyńcami" jest niespełna setka Polaków, głównie kobiet, dzieci i starszych, mieszkających wśród półtora tysiąca Ukraińców. Są między nimi moja mama i babcia. W ich pamięci utkwiły nie dziesiątki przeżytych wśród Ukraińców lat, lecz ten jeden wieczór.

Banderowcy są już we wsi. Mają łatwe zadanie, bo Polacy mieszkają blisko siebie, w części Rybna zwanej przez Ukraińców "Warszawą". W okrutny sposób mordują 23 osoby w wieku od 2 do 70 lat. Ofiar byłoby więcej, gdyby nie sowiecki istriebitielnyj batalion, który pospieszył wsi z pomocą (wbrew woli NKWD, które najwyraźniej wolało czekać, aż upowcy wymordują Polaków). Batalion stacjonował w Kutach, odległych od Rybna o 8 km, a służyło w nim kilku Polaków z Rybna [Polacy wstępowali czasem do tych sowieckich formacji, widząc w nich jedyny ratunek przed UPA - red.].

Pali się katolicki kościół, zbudowany zaledwie 10 lat temu. Palą się polskie zagrody, od nich zapalają się ukraińskie. Przerażona mama i babcia biegną na tołokę (tak tutejsi nazywają zarośla nad Czeremoszem), szukają ocalenia. Pada deszcz ze śniegiem, jest przeraźliwie zimno. Ostatni ukraiński dom. Babcia puka, prosi o coś do ubrania dla mojej mamy. Młoda kobieta zdejmuje kożuszek. - Idźcie szczęśliwie - mówi. - I niech dobry Bóg was prowadzi.

PIERWSZE KROKI

Romana Obrocka z Obornik Śląskich ma podobną traumę zapisaną w historii rodziny.

Od 2002 r. rozmawiamy o tym przez internet, wymieniamy opinie, spieramy się. W końcu pada pomysł: zróbmy coś przeciw stereotypowi Ukraińca-zbrodniarza i Polaka-pana. Projekt, który będziemy realizować własnymi siłami, przy życzliwym patronacie Pawła Misiorka, burmistrza Obornik, nazwiemy "Łączy nas wspólna historia". Chcemy, by młodzież polska i ukraińska poznała się, może polubiła, zaprzyjaźniła. Chcemy kupić komputery dla ukraińskich szkół.

Rok 2004. Pierwszy wyjazd na Ukrainę. Naszym gospodarzem i przewodnikiem jest Kola Pawluk z Kut - miasteczka, w którym 17 września 1939 r. odbyło się ostatnie posiedzenie polskiego rządu (trzy dni później w walce z Sowietami zginął tu pisarz Tadeusz Dołęga-Mostowicz). Kola stanie się z czasem naszym przyjacielem i orędownikiem "partnerstwa wschodniego" w tym lokalnym wymiarze. Projekt podoba się dyrektorom szkół i burmistrzom w Rybnie, Kobakach i Kutach. Ale czas pokaże, że ukraińska mentalność i problemy z przekraczaniem przez nich wschodniej granicy Unii ograniczą projekt tylko do Rybna i Obornik.

Zwiedzamy Pokucie. Z Ukraińcami nie rozmawiamy o historii. Ale pod pomnikiem zamordowanych przez UPA 64 mieszkańców Trójcy koło Zabłotowa Kola pyta, co się tu stało. Odpowiadam, że to trudna sprawa i lepiej o niej nie rozmawiajmy.

Kola milknie. Ale po chwili mówi, że to byli przecież Niemcy, przebrani za Ukraińców.

A w Rybnie - zdziwienie. Polacy? Kiedyś tu mieszkali? Nie wszyscy urodzeni po wojnie o tym wiedzą. Z zagrody babci i mamy została tylko studnia z daszkiem; kiedyś siedział na nim blaszany kogucik. Pasąca krowę kobieta podchodzi do nas. - Gelenka? - przygląda się mojej mamie. To Marija Szpytiuk, jej koleżanka ze szkoły. Pamięta rodzinę Tomaszewskich.

Od tego zaczyna się nasza polsko-ukraińska współpraca.

Na Boże Narodzenie dostajemy od Mariji życzenia i propozycję od mieszkańców Rybna, by w miejscu spalonego kościoła postawić pomnik lub kapliczkę. Z obietnicą pomocy przy jej budowie.

DLACZEGO PANI WYJECHAŁA?

Rok 2005. Projekt wreszcie rusza, a my szukamy patronów. Dobrym słowem wspiera nas wrocławskie Kolegium Europy Wschodniej. Niestety, patronatu odmawia kancelaria prezydenta Kwaśniewskiego. Nie reaguje na nasze prośby ambasada Ukrainy. Zostajemy sami, do tego dochodzi odmienna mentalność Ukraińców. Bywa, że jej nie rozumiemy.

Sierpniowy wyjazd na Ukrainę to z jednej strony powitanie chlebem i solą w rybieńskiej szkole, a z drugiej widok czerwono-czarnych flag UPA, powiewających dumnie obok sino-żółtych niepodległej Ukrainy. Próbujemy to sobie wytłumaczyć. Za prezydentury Leonida Kuczmy tych flag nie było, ale i nie było też rodzącej się demokracji - kilka miesięcy wcześniej miała miejsce Pomarańczowa Rewolucja. Nowy ustrój pewnie musi się rodzić w bólach.

W Rybnie dyskutujemy o napisie na przyszłym pomniku. Ma być po polsku i ukraińsku, bo to wspólne dzieło. Rzecz w tym, by nikogo nie urazić, a powiedzieć prawdę. W końcu pada z naszej strony propozycja: "Z Wami do 1944". Zgadzają się.

Rok 2006. Nasza młodzież jedzie do Rybna. Jest serdecznie goszczona przez ukraińskie rodziny. Z jednym wyjątkiem: teściowa rybieńskiej anglistki nie życzy sobie, by w domu jej syna mieszkali "Polaczki". Dzieci płaczą, nauczycielka też, lecz słowo teściowej rzecz święta.

Rok 2007. Młodzież z Rybna jedzie do Polski. Nie obywa się bez problemów. Najpierw upokarzająca procedura uzyskiwania wiz w polskim konsulacie we Lwowie, potem problemy po ukraińskiej stronie granicy. Wreszcie docierają. Bogaty program pobytu zapewniają im obornicki urząd gminy i gimnazjum.

- Dlaczego pani wyjechała? - pyta mamę burmistrz Rybna Petro Kaban, który przyjechał z młodzieżą. Mama woli odpowiedzieć później, w liście. "Drogi Panie Petro - pisze. - W czasie wojny między naszymi ukraińskimi sąsiadami z Rybna a nami Polakami stanęli ludzie, którzy dla wielu z Was dzisiaj są bohaterami. Bardzo proszę, aby mnie Pan zrozumiał, kiedy powiem, że dla mnie bohaterami oni nigdy nie będą. Wiem, że walczyli o wolną Ukrainę, i doskonale to rozumiem, bo przecież Polacy o swoją ojczyznę też walczyli wielokrotnie. Ale największym dramatem było to, że za przeciwnika ci źli ludzie wybrali nas - bezbronną ludność cywilną".

Człowiekiem, który naprowadził istriebitielnyj batalion na sotnię ukraińską był Michał Jakubowski. Człowiek, którego na służbę w NKWD zmusiła sytuacja Polaków i jego żydowski kolega ze szkoły, major NKWD. Dzięki niemu zostało ocalonych mnóstwo Polaków. Jaką ten człowiek dostał podziękę? Medal od Sowietów i więzienie w PRL a do tego, w wolnej Polsce, za służbę w NKWD potępienie. Do śmieci został mu tylko strach. Bezsensowny.
"Poskrobcie z wierzchu konserwatystę a znajdziecie kogoś, kto przedkłada przeszłość nad jakąkolwiek przyszłość." - Frank Herbert

Awatar użytkownika
NRohirrim
Prezydent
Prezydent
Posty: 12171
Rejestracja: 09 października 2009, 11:00
Lokalizacja: PL
Kontaktowanie:

Postautor: NRohirrim » 26 lutego 2014, 21:13

Poważnym błędem II RP było niedanie autonomii Ukraińcom (a także Białorusinom).
,,Lepiej żeby mowa była lepsza od ciszy, lub milcz'' - Dionizos z Halikarnasu

Awatar użytkownika
gazda
Minister
Minister
Posty: 3060
Rejestracja: 24 listopada 2010, 20:25
Lokalizacja: Lwów

Postautor: gazda » 26 lutego 2014, 21:45

NRohirrim pisze:Poważnym błędem II RP było niedanie autonomii Ukraińcom (a także Białorusinom).


Poważnym błędem II RP było zbudowanie państwa wielonarodowego i multikulturowego. Dostaliśmy lekcję raz, ale dla głupiego polaczka to za mało. Dzisiaj dalej szerzy się komunistyczne idee internacjonalizmu. Polaczek niestety ma mały rozumek, zbyt krótką pamięć żeby to pojąć.
Wszędzie tam, gdzie bezwzględny liberalizm dochodzi do stanowczej przewagi, następuje stopniowa likwidacja narodu, jego typu i indywidualności. - Zygmunt Balicki

Awatar użytkownika
Marchewa
Administrator
Administrator
Posty: 12231
Rejestracja: 14 września 2004, 13:11
Lokalizacja: Toruń
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Marchewa » 26 lutego 2014, 21:48

gazda pisze:Poważnym błędem II RP było zbudowanie państwa wielonarodowego i multikulturowego.


A jakie widziałeś alternatywy dla takiego rozwiązania?
Spory polityczne trwają najdłużej gdy obie strony nie maja racji.
Gonzalez Suarez

Awatar użytkownika
NRohirrim
Prezydent
Prezydent
Posty: 12171
Rejestracja: 09 października 2009, 11:00
Lokalizacja: PL
Kontaktowanie:

Postautor: NRohirrim » 26 lutego 2014, 21:51

Marchewa pisze:
gazda pisze:Poważnym błędem II RP było zbudowanie państwa wielonarodowego i multikulturowego.


A jakie widziałeś alternatywy dla takiego rozwiązania?

Alternatywy dla czego konkretnie? Proszę o doprecyzowanie pytania.
,,Lepiej żeby mowa była lepsza od ciszy, lub milcz'' - Dionizos z Halikarnasu

Awatar użytkownika
gazda
Minister
Minister
Posty: 3060
Rejestracja: 24 listopada 2010, 20:25
Lokalizacja: Lwów

Postautor: gazda » 26 lutego 2014, 22:01

Marchewa pisze:A jakie widziałeś alternatywy dla takiego rozwiązania?


Państwo mononarodowe i monokulturowe.
Wszędzie tam, gdzie bezwzględny liberalizm dochodzi do stanowczej przewagi, następuje stopniowa likwidacja narodu, jego typu i indywidualności. - Zygmunt Balicki

Awatar użytkownika
Marchewa
Administrator
Administrator
Posty: 12231
Rejestracja: 14 września 2004, 13:11
Lokalizacja: Toruń
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Marchewa » 26 lutego 2014, 22:57

gazda pisze:Państwo mononarodowe i monokulturowe.


A co z mniejszościami? Nawet kongresówka nie była mononarodowa i monokulturowa.
Spory polityczne trwają najdłużej gdy obie strony nie maja racji.

Gonzalez Suarez

Awatar użytkownika
Nazgul
Moderator
Moderator
Posty: 26644
Rejestracja: 15 stycznia 2006, 15:39
Lokalizacja: Wrocław :)

Postautor: Nazgul » 26 lutego 2014, 22:59

myślisz, że ci na to odpowie? :smile:
A poza tym uważam, że trzeba zakazać cyfr arabskich. ;)
"Rząd próbuje przekonać Wysoką Izbę, że konstytucja nie obowiązuje, posługując się sprostytuowanymi prawnikami" JKaczyński 2003 r.

Awatar użytkownika
NRohirrim
Prezydent
Prezydent
Posty: 12171
Rejestracja: 09 października 2009, 11:00
Lokalizacja: PL
Kontaktowanie:

Postautor: NRohirrim » 26 lutego 2014, 23:33

Skoro napisałem, że niedanie autonomii było błędem, to logiczne, że za alternatywę uważam, że należało nadać autonomie.
,,Lepiej żeby mowa była lepsza od ciszy, lub milcz'' - Dionizos z Halikarnasu

Awatar użytkownika
Worek
Administrator
Administrator
Posty: 17350
Rejestracja: 17 grudnia 2009, 09:37
Lokalizacja: Tannenberg

Postautor: Worek » 03 marca 2014, 09:57

"Poskrobcie z wierzchu konserwatystę a znajdziecie kogoś, kto przedkłada przeszłość nad jakąkolwiek przyszłość." - Frank Herbert


Wróć do „Książki”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości