PiSkorz pisze:W PiS-ie trafiają się ludzie o niejasnej przeszłości ale są to wyjątki . Natomiast w tzw. opozycji totalnej jest to regułą . Nie bez powodu Platforma , Nowoczesna , Kodziarze i PSL z taką zawziętością bronią ubeckich emerytur .


Poproszę o 10 przykładów. Nie powinieneś mieć z tym problemów skoro to reguła.

Inne felietony, inni felietoniści

Znane i mniej znane tytuły gazet i periodyków. Felietoniści i znane postacie. Wszystko o pisaniu...

Moderatorzy: Lolek00, Bilu1939, Marchewa, Worek, Moderator, Administrator, Super Moderator

Awatar użytkownika
Clint Eastwood
Minister
Minister
Posty: 3332
Rejestracja: 04 grudnia 2008, 12:36
Lokalizacja: k.

Postautor: Clint Eastwood » 22 lipca 2011, 08:49

p. Kinga Dunin pisze:Podatki są fajne

Ani lewica, ani prawica nie mają odwagi powiedzieć obywatelom, że podatki są fajne. Obniżanie podatków jest działaniem wspierającym egoistyczny indywidualizm, a ich podnoszenie pomaga tworzyć wspólnotę

Kiedy dzisiaj z ust rządzących słyszymy słowo "solidarność", to zazwyczaj we frazeologicznym związku z państwem. Solidarne państwo. Solidarne państwo to takie, które deklaruje troskę o najsłabszych. Czasem więc robi symboliczny gest w rodzaju becikowego, a czasem ustąpi przed żądaniami jakiejś grupy zawodowej, drugą ręką obiecując obniżenie podatków i ustami minister finansów oznajmiając, że więcej nie da, bo nie ma.

Trudno się w tym dopatrzyć jakiejś filozofii, która tworzyłaby z - lepiej, a najczęściej gorzej - obsługiwanych przez państwo jednostek wspólnotę gotową myśleć o sobie w kategoriach całości zainteresowanej tym, aby wszystkim żyło się przynajmniej znośnie.

Natomiast obraz społeczeństwa, który wyłania się z płynących zewsząd przekazów, przypomina raczej pole bitwy. Występuje tu podatnik, któremu się kradnie, zabiera, wydziera jego ciężko zarobione pieniądze. Wszyscy prześcigają się w poradach, jak podatków nie płacić. Dzień Wolności Podatkowej, kiedy to nareszcie zaczynamy zarabiać na siebie, a nie na innych, jest dniem świątecznym.

Człowiek jest raczej egoistą niż altruistą, to prawda, ale też prawdą jest, że po to, aby móc współżyć w grupie, wynalazł moralność, a za wspólnotą wzdychamy dlatego, że kojarzy nam się z poczuciem bezpieczeństwa i pozytywnymi wartościami. Kiedy postrzegamy siebie jako część większej, lubianej i akceptowanej przez nas całości, jesteśmy bardziej skłonni do zachowań prospołecznych. A dziś, w takim świecie, jaki jest, najbardziej powszechną i dostępną formą działań prospołecznych jest właśnie płacenie podatków.

Jednak ani lewica, ani prawica nie mają odwagi powiedzieć obywatelom, że podatki są fajne. Że płacimy je po to, żeby dzieci miały równy start, samochody równe drogi, żeby było ładniej, bezpieczniej, czyściej, zdrowiej. Nam wszystkim. A już zupełnie nikt nie ma odwagi powiedzieć, że obniżanie podatków jest działaniem wspierającym egoistyczny indywidualizm, a ich podnoszenie, szczególnie dla najbogatszych, jest prowspólnotowe. Argument, że obniżenie podatków pobudzi gospodarkę i wtedy wszystkim będzie żyło się lepiej, nawet gdyby był prawdziwy - do czego nie jestem przekonana - też nie jest prowspólnotowy. Obiecuje poprawę bytu jednostkom, nie buduje jednak więzi i poczucia współodpowiedzialności.

Świat został podzielony na okradanych płatników i skąpe państwo. Wobec tego państwa zgłaszane są roszczenia, tworząc wyobrażenia o kolejnym polu walki o swoje, nie o wspólne.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że mówię tu o pewnej ideologii, sposobie myślenia o świecie. Musimy sobie jednak uświadomić, że kiedy mówimy dziś: wspólnota, nie mamy na myśli naturalnej tradycyjnej wspólnoty wiejskiej, tylko byty tworzone na styku rzeczywistości i projektu. Złożone w równym stopniu z realnych procesów, co z naszych wyobrażeń.

Trudno jest stworzyć wspólnotę obywateli, jeśli jej sobie nie wyobrazimy. Jeśli przynajmniej czasem, od święta, nie pomyślimy o innych jako o bliskim nam ludziach, z którymi chętnie się podzielimy. Poza podatkami wchodzi tu w grę także poczucie bycia obywatelem, politycznego współuczestnictwa, wiary, że możemy na siebie liczyć, a umowy będą dotrzymywane; wszystko to, co tworzy kapitał społecznego zaufania i czyni wspólne życie czymś sensownym.

Zaścianek kontra pustynia

Zamiast takiej obywatelskiej wspólnoty proponuje nam się mentalne zamieszkanie w katolickim narodzie polskim: wyobrażonej wspólnocie, której realne podstawy są coraz słabsze. Może zaspokajać ona nasze różne potrzeby emocjonalno-symboliczne, ale w ksenofobiczno-tradycjonalnym wydaniu prawicy jedynie oddala nas to od możliwości odbudowania więzi społecznych - wspólnoty politycznej, która naprawdę mogłaby nam ułatwić życie we współczesnym świecie. Jadwiga Staniszkis dość trafnie nazwała to retradycjonalizacją.

Bardziej naturalną, niezapośredniczoną przez ideologiczne projekty i doświadczaną na co dzień wspólnotą jest rodzina. Przedstawiana jest ona jednak jako ideologiczny projekt i postulat, coraz dalej odbiegający od realnych procesów.

Mamy zatem wyidealizowane obrazy tradycyjnej rodziny, która jest siedliskiem samego dobra, a z drugiej strony opowieść realistyczną - o konkubinatach, samotnych matkach, rozwodach, związkach jednopłciowych. Brakuje natomiast pozytywnej wizji rodziny jako grupy ludzi połączonych moralnymi relacjami - bez względu na jej formę i zakorzenienie instytucjonalne.

Zarówno jeśli chodzi o rodzinę, jak i o wspólnotę polityczną to silne forsowanie tradycyjnych wzorów stanowi poważną barierę na drodze do stworzenia autentycznych wspólnot odpowiadających warunkom świata, w których żyjemy. Model tradycyjny przedstawiany jest jako jedyny zakorzeniony w wartościach. Jako jego przeciwwagę przedstawia się liberalizm. Liberalizm, który zamiast ciepła wspólnoty ma do zaproponowania jedynie zimne procedury, konkurencję między jednostkami i abstrakcyjną wolność. Jest z gruntu nihilistyczny, sam żadnych wartości nie proponuje, a inne jedynie niszczy.

Każe nam się wierzyć, że jest to jedyna alternatywa, że jedyny wybór, jaki mamy, to ten między tradycyjnym państwem katolickiego narodu polskiego a kapitalistyczną pustynią. Wszelkie idee związane z emancypacją, równością, prawami człowieka są wyśmiewane i z góry odrzucane jako przejaw nihilistycznego liberalizmu albo zbrodniczego totalitaryzmu. Niemożliwa jest żadna poważna publiczna debata dotycząca zagadnień etycznych, w której przedstawiciele innych opcji potraktowani byliby z szacunkiem.

Kiedyś było kiedyś

Jednym z uzasadnień dla utrzymywania takiego stanu jest przekonanie, że tacy właśnie jesteśmy, że na tym właśnie polega polska specyfika. Cały świat się unowocześnia, a my przeciwnie. Lubimy tradycyjną religijność, jesteśmy obyczajowo zachowawczy, nie jesteśmy żadnymi obywatelami, a już na pewno nie Europy, tylko Polakami. Kiedy jednak zajrzymy, co się kryje pod deklaracjami i rytualnym przywiązaniem do Kościoła, gołym okiem zobaczymy społeczeństwo, które się zmienia.

Bez względu na to, co mówimy, nasze zachowania zmieniają się, odruchy liberalizują, rynek wymusza zmianę strategii życiowych i stylów życia. Jeździmy po świecie, mieszkamy tam i pracujemy. Żyjemy w zglobalizowanej kulturze, której nie da się przecież podmienić na czysto polską. To, co nazywa się tak samo, nie już tym samym.

Rodzina to coraz bardziej miejsce emocjonalnych relacji, a nie instytucjonalny system wsparcia, przekonania religijne ulegają korozji i prywatyzują się. Przynależność narodowa staje się po prostu jednym z wielu wymiarów naszej tożsamości.

Pomysł, żeby to zmieniające się społeczeństwo ciała oddało rynkowi, a dusze anachronicznej tradycji, jest jednym z czynników, który zamiast wspierać, ogranicza nasze możliwości rozwoju. Indywidualizujemy się, zamieniamy w producentów i konsumentów, coraz większa sfera naszego życia, skolonizowana przez rynek, traci charakter moralny, nie oznacza to jednak, że jedyną dostępną przeciwwagą jest to, co jak nam się wydaje - bo najczęściej to tylko złudzenia - było kiedyś.

W tej sytuacji silniejsze akcentowanie innych systemów wartości, innych modeli tożsamości indywidualnej i grupowej wcale nie oznacza działań wbrew istniejącym już odruchom i pragnieniom. Jest raczej dostosowaniem do nich bardziej adekwatnych symboli i wyobrażeń o sobie.

Powtarzanie nieustannie: naród, Kościół, tradycyjna rodzina, jest nie tyle niesłuszne, co coraz bardziej fałszywe. Tworzy ideologiczny, zakłamany obraz świata. Z taką busolą daleko nie zajedziemy. W przeciwieństwie do tego proponowane przez liberalną lewicę diagnozy mają dużo większy związek z realnymi problemami społecznymi. Diagnozy wskazujące na przemożny wpływ współczesnego kapitalizmu oraz globalizacji na kształtowanie naszej tożsamości - indywidualnej i grupowej - są po prostu bliższe prawdy.

Tylko jako społeczeństwo bardziej świadome tego, co się z nami stało, pielęgnujące inne niż tradycyjne wartości, niepoddające się ślepym siłom rynku, ale próbujące kształtować rzeczywistość, w której żyjemy, mamy szanse na realne wejście do wspólnoty europejskiej. Daje to też nadzieję na udział w rozwiązywaniu problemów trapiących współczesny świat, które już dawno przestały mieścić się w granicach państw narodowych.

Ciepła lewica

Wszelkie ruchy lewicowe w Polsce poddawane są szantażowi ekonomicznemu. Mówi się nam: "Zajmijcie się biednymi, a nie jakimiś gejami czy kobietami". Populistyczne odruchy i powszechna zgoda na to, że społeczeństwo polskie jest tradycyjne i nikt tu nie wygra bez podlizywania się Kościołowi, sprawia, że mało kto ma odwagę formułowania mocniejszych projektów światopoglądowych. Szkoda. Bo lewica, która będzie ścigała się z PiS-em, kto bardziej zadowoli elektorat Radia Maryja, zawsze przegra. A jej potencjalny elektorat, ludzie, którzy mogliby zacząć myśleć mniej anachronicznie, odpłyną do strojącego się w piórka liberałów PO albo do Wielkiej Brytanii.

Nie wystarczy samo krytykowanie narodowej prawicy lub bezwolne wysługiwanie się świętym mechanizmom rynkowym. Rzecz w tym, żeby stworzyć prawdziwą światopoglądową alternatywę, a jej naturalnym podłożem musi być społeczeństwo, które tożsamość narodową potrafi płynnie łączyć z innymi i powoli wrasta we wspólnoty szersze oraz je współtworzy. Na poziomie bardziej prywatnym potrafi zaś wspierać wszystko, co przeciwdziała społecznej atomizacji i co wprowadza w nasze życie wymiar etyczny. (Wspieramy związki jednopłciowe nie tylko dlatego, żeby dać ludziom więcej wolności, jesteśmy również przekonani, że w ich ramach realizowane jest ważne społeczne dobro, jakim jest uczciwy, intymny związek międzyludzki).

Można wierzyć, jak chcą niektórzy, że prawicowy fundamentalizm i populizm są prostą reakcją na ekonomiczne wykluczenie. Sprawa wydaje się jednak bardziej złożona, bo to, czego szukamy we wspólnotach wartości i w bezinteresownych związkach z innymi ludźmi, jest nam potrzebne nie tylko jako produkt zastępczy.

Jednak bez przewietrzenia świadomości, przezwyciężenia klaustrofobicznego i zamkniętego na świat myślenia trudno wyobrazić sobie realne działania na rzecz bardziej ludzkiego i sprawiedliwego świata. Częścią tego projektu musi być także budowanie wspólnot i tkanki społecznej bardziej dopasowanych do współczesnych potrzeb. I od razu powiedzmy sobie uczciwie, że gdyby kiedykolwiek w Polsce doszła do władzy liberalna lewica, to projekt taki powinna konsekwentnie realizować w publicznych mediach i poprzez system edukacji, tak jak czyni to dziś prawica.

Liberałowie zwykle otrząsają się na takie postawienie sprawy. Jak to? Mamy się przyznać, że mamy jakiś światopogląd? Jakiś projekt? Że chcemy budować jakiś świat, a nie tylko tworzyć formalne warunki, żeby ludzie żyli obok siebie, nie zabijając się nawzajem?

Prawica nie ma takich skrupułów. Zawsze gotowa jest postawić znak równości między swoimi wartościami a wartościami wspólnymi i zamknąć wszystkich w jednym zaścianku.

Jedno jest pewne - świat liberalno-lewicowy - ze swoim projektem i wykluczeniami - byłby bardziej otwarty i tolerancyjny wobec wartości tradycyjnych niż w odwrotnej sytuacji. Jedynym sposobem postawienia tamy populistycznemu tradycjonalizmowi nie jest więc jego nieustanna krytyka w imię mglistych liberalnych zasad, lecz uczciwe przedstawienie własnego, ciepłego i opartego na wartościach bliskiego ludzkim potrzebom projektu.



Kinga Dunin
socjolożka, pisarka, krytyk literacki, publicystka "Krytyki Politycznej"

Źródło..

chyba zacznę chodzić na wykłady organizowane przez "krytykę polityczną", bo chciałbym zobaczyć wreszcie, jakie oni biorą narkotyki. :lol:

Lolek00
Moderator
Moderator
Posty: 9325
Rejestracja: 26 lipca 2009, 16:14
Lokalizacja: woj. śląskie

Postautor: Lolek00 » 22 lipca 2011, 09:26

Prawica nie ma takich skrupułów. Zawsze gotowa jest postawić znak równości między swoimi wartościami a wartościami wspólnymi i zamknąć wszystkich w jednym zaścianku.
a ona co robi w tym artykule? Dokładnie to samo - tylko zamiast zaścianka są jakieś ideały marksistowskie.

Jednak bez przewietrzenia świadomości, przezwyciężenia klaustrofobicznego i zamkniętego na świat myślenia trudno wyobrazić sobie realne działania na rzecz bardziej ludzkiego i sprawiedliwego świata. Częścią tego projektu musi być także budowanie wspólnot i tkanki społecznej bardziej dopasowanych do współczesnych potrzeb.


:roll: Dlaczego socjaliści snują jakieś wynurzenia na temat przeznaczenia ludzkości i naszej wspólnotowej powinności. Dlaczego mają zapędy na tworzenie jakiejś masowej inżynierii społecznej.

Skąd bierze się w ich poglądach pryncypat całości nad częścią (społeczeństwa nad jednostką) - przecież siła i wolność społeczeństwa wynika bezpośrednio z wolności jego części składowych.

Ja się zgodzę! Demokracja lokalna! Silne samorządy! Podatki gminne! - zgoda :grin: Tylko że w takich realiach był bym spokojny oto że socjaliści nie dojdą do władzy :wink:

Społeczność istnieje sama, nie trzeba tworzyć jej na siłę - tego bym się trzymał.

Kolejna rzecz jakiej bym się trzymał to ta - że liberałowie:

-nie chcą usunąć podatków (tylko zmniejszyć ich rolę)
-nie chcą usunąć państwa (tylko zawęzić spectrum jego działań)
-nie chcą usunąć wydatków publicznych (tylko zmienić ich strukturę)
-nie chcą prywatyzować wszystkiego (tylko to co mogło by skutecznie działać w sektorze prywatnym)

Zaskarbianie sobie - i przyrównywanie dobra wspólnoty i ogółu z socjalizmem to jakaś pomyłka O.o' przecież koncepcja liberalna też te facto ma działać na rzecz ogółu.
Vivat et res publica et qui, illam regit

Awatar użytkownika
Clint Eastwood
Minister
Minister
Posty: 3332
Rejestracja: 04 grudnia 2008, 12:36
Lokalizacja: k.

Postautor: Clint Eastwood » 28 lipca 2012, 22:25

Na bezrybiu po transformacji
Rafał Bakalarczyk

Polak mądry po szkodzie? Nie każdy. Gdy słucha się niektórych osób, mających decydujący wpływ na oblicze transformacji ustrojowej, uderza ich niemożność zejścia z torów myślenia, na które skierowali ongiś polski model rozwoju. Co więcej: to, czego bronią, jest często dalekimi od realiów wyobrażeniami na temat ówczesnej rzeczywistości – zarówno naszej, jak i tej na Zachodzie, który ponoć miał stanowić dla nas inspirację.

Michnik w „Kontakcie” z ekonomicznymi realiami

Do takich wniosków przywiódł mnie wywiad z Adamem Michnikiem, opublikowany w czasopiśmie „Kontakt”. Ostatni numer tego periodyku, zatytułowany „Po lewicy Ojca”, poświęcono perspektywom dialogu między środowiskami katolickimi i lewicowymi. Nie dziwi zatem, że dużą część rozmowy z redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej” zajmują rozważania na temat jego niegdyś znaczącej książki „Kościół, lewica, dialog” i jej aktualności. W wywiadzie pojawiły się jednak także inne wątki, jak model społeczny czy powinności państwa wobec najsłabszych – i to na nich chciałbym się skupić.

Warto to uczynić tym bardziej, że dla postawy Michnika i jego środowiska po 1989 r. symptomatyczne było konsekwentne unikanie czy wręcz zamykanie dyskusji na temat społeczno-ekonomicznego aspektu transformacji. Prawdopodobnie w obawie przed podważeniem sensu „jedynej słusznej” drogi w oczach społeczeństwa, które mogłoby w konsekwencji zatrzymać proces zmian lub przestawić go na inne tory. Obawy te były o tyle uzasadnione, że sporo realnych powodów do kontestacji status quo miała niejedna grupa społeczna, poturbowana nie tylko przez transformację, która przybrała kształt terapii szokowej, ale także przez cały ciąg przemian kontynuowanych aż do dziś. Czy jednak jest to powód, by przemilczeć negatywne zjawiska społeczne, a tym bardziej odsądzać od czci i wiary tych, którzy odważą się głośno o nich mówić? Nie licuje to z etosem zaangażowanej inteligencji, na duchową więź z którą Michnik z lubością się powołuje.

Ale zostawmy samego Michnika, a przyjrzyjmy się jego tezom na temat polityki społecznej – tej realizowanej, tej pożądanej i tej możliwej do realizacji. Nie są to tezy wyłącznie jego ani nawet szerszego „salonu”, jak zwykli określać otoczenie redaktora GW jego prawicowi adwersarze. To poglądy zbyt powszechnie przyjmowane, by można było je zbyć lub sprowadzić do kwestii środowiskowo-personalnych.

Wędka, ryba i… nauka łowienia!

Jednym z haseł, przy pomocy którego uderza się od dawna w Polsce w instytucje socjalne, jest „wędka zamiast ryby”. Państwo rzekomo daje pasywnym homo sovieticusom liczne świadczenia, utrwalając ich zależność od „socjalu”, podczas gdy należałoby tworzyć bodźce ku temu, by zaczęli aktywnie i skutecznie dbać o siebie i otoczenie. Do takiej filozofii odwołuje się właśnie Michnik i sugeruje, że było to swoiste credo doby transformacji. We wspomnianym wywiadzie przywołuje historię, w której jego druh Jacek Kuroń (wówczas minister) pojechał na spotkanie z księżmi zajmującymi się światem pracy i wrócił rozczarowany. „Próbował tym duszpasterzom zaproponować język wspólnej troski. Jedyne zaś, co oni mieli mu do powiedzenia, to »Rząd ma dać!«. A jeśli nie da, to jest zdrajca, złodziej i łajdak. Otóż filozofia transformacji polegała na tym, żeby dać ludziom nie rybę, lecz wędkę”.

Ten cytat wymaga szeregu sprostowań, tak na gruncie filozoficznym, jak i na gruncie faktów historycznych. Po pierwsze, metaforę ryby i wędki można różnie rozumieć. Czym jest owa wędka? Czy jest to po prostu praca? Jeśli tak, to w Polsce po 1989 r. realizowano coś zgoła odwrotnego niż filozofię wędki – pracy było coraz mniej, wskaźniki bezrobocia dochodziły nawet do 20%! Jeśli dawanie ludziom wędki miało być po prostu wypychaniem ich z systemu świadczeń socjalnych na rynek pracy, aby radzili sobie sami, to takie tendencje można zaobserwować we współczesnej Polsce – świadczenia są coraz bardziej selektywne, a tym samym krąg ich odbiorców się zawęża. Tyle tylko, że samo odbieranie ryby trudno utożsamić z faktycznym dawaniem wędki.

Poza tym, na bezrybiu – gdzie w lokalnych społecznościach brakuje miejsc pracy, a inwestycje nie nadciągają – nie wszyscy mają szanse złowić na tyle dużo, by móc wyżywić siebie i rodzinę.

Jeśli sięgniemy do źródeł tej metafory, a więc do przywołanego bodajże przez Benjamina Franklina indiańskiego przysłowia, to brzmiało ono tak: „Nie dawaj głodnemu ryby, podaruj mu wędkę i naucz go łowić”. To, co współcześnie w retoryce neoliberalnej bywa pomijane, to właśnie owa „nauka łowienia” – konsekwentne, systemowe działania reintegracyjne (w wymiarze zawodowym i społecznym) wobec osób wykluczonych, a nie powiedzenie „radź sobie sam”. Trzeba jednak stwierdzić jasno, że nawet gdy staw będzie obfitował w ryby, nie każdy okaże się skutecznym wędkarzem. Grupa najskuteczniejszych może zgarnąć niemal całą pulę i dla reszty nie starczy wcale lub zostanie bardzo mało. Dlatego tak ważna jest polityka społeczna – aby poprzez system redystrybucji umożliwić dzielenie się rybami na czytelnych zasadach z tymi, którzy radzą sobie gorzej.

DALEJ... NOWY OBYWATEL


:idea:

Awatar użytkownika
NRohirrim
Prezydent
Prezydent
Posty: 12171
Rejestracja: 09 października 2009, 11:00
Lokalizacja: PL
Kontaktowanie:

Postautor: NRohirrim » 28 lipca 2012, 23:09

Po pierwsze Jacek Kuroń i Adam Michnik to postkomuniści.
,,Lepiej żeby mowa była lepsza od ciszy, lub milcz'' - Dionizos z Halikarnasu

Awatar użytkownika
Clint Eastwood
Minister
Minister
Posty: 3332
Rejestracja: 04 grudnia 2008, 12:36
Lokalizacja: k.

Postautor: Clint Eastwood » 28 lipca 2012, 23:33

thank you captain obvious.

Awatar użytkownika
NRohirrim
Prezydent
Prezydent
Posty: 12171
Rejestracja: 09 października 2009, 11:00
Lokalizacja: PL
Kontaktowanie:

Postautor: NRohirrim » 29 lipca 2012, 01:03

Co do podatków, to ja widziałbym obecnie progi podatkowe następująco (zarobki roczne brutto):
do 6 000 zł - 1% (dorabiający renciści 5% oraz dorabiający emeryci 10%)
od 6001 zł do 36 000 zł - 15%
od 36 001 zł do 100 000 zł - 20%
powyżej 100 000 zł - 30%
,,Lepiej żeby mowa była lepsza od ciszy, lub milcz'' - Dionizos z Halikarnasu

Awatar użytkownika
Clint Eastwood
Minister
Minister
Posty: 3332
Rejestracja: 04 grudnia 2008, 12:36
Lokalizacja: k.

Postautor: Clint Eastwood » 30 lipca 2012, 12:35

Agnieszka Kołakowska: Nick Cohen, Jak lewica zwróciła się przeciwko Żydom

Cohen słusznie zauważa, że niektóre cechy rasizmu starej lewicy wydają się bardzo współczesne.
W kwietniu 2012 Nick Cohen napisał w angielskim piśmie „Standpoint”[1] ciekawy i bardzo potrzebny – także w Polsce – tekst o antysemityzmie na lewicy. Formalnie jest to recenzja niedawno wydanej książki Colina Shindlera Israel and the European Left (Izrael i europejska lewica). Cohen zaczyna mocno. Ruth Fischer – pisze on – w swoich wypowiedziach przypominała nazistkę: „Posługiwała się tym samym językiem nienawiści. Chciała mordować Żydów. Ale Hitler nie mógłby jej zaakceptować. Fischer była przewodniczącą niemieckiej partii komunistycznej. Drobne różnice między jej postawą a postawą nazistów stały się jasne, gdy oświadczyła, że należy stratować i zatłuc na śmierć nie tylko żydowskich kapitalistów, lecz wszystkich kapitalistów”. Książka Shindlera – relacjonuje dalej Cohen – wyjaśnia, dlaczego w oczach komunistów jej antysemityzm nie był zdradą.

Shindler „pokazuje, jak potworne stereotypy i antysemickie teorie spiskowe wymyślone przez marksistów – nie przez faszystów ani przez islamistów, ani przez katolickich czy prawosławnych nacjonalistów, lecz przez lewicę – przetrwały, podczas gdy cały świat wokół się zmienił”.

Wolno wątpić – pisze Cohen – czy książka Shindlera doczeka się szerokiego rozgłosu w angielskiej prasie: „prawicowej prasie się nie spodoba, bo nie jest to konwencjonalne potępienie lewicy. (…) Lewicowej prasie się nie spodoba z tego samego powodu, z którego Kalibanowi nie podobał się widok własnej twarzy w lustrze”. To, o czym pisze Shindler, jest właściwie tematem tabu. Cohen wspomina o czymś, o czym świetnie wiemy: że zrównywanie potworności faszyzmu z potwornościami komunizmu, moralne ich zrównanie, patrzenie na nie z tym samym obrzydzeniem, nadal jest nie do przyjęcia na lewicy, choć, jak pisze – i o tym też należy przy każdej okazji wspominać – „nawet jeśli chcemy się zachowywać jak księgowi i liczyć czaszki zamordowanych, okazuje się, że komuniści wymordowali o wiele więcej ludzi, niż faszyści, zaczęli ich mordować zanim faszyści objęli władzę i dalej mordowali, gdy faszyści już władzę stracili”. Nawet Robert Conquest – dodaje Cohen – który tak świetnie pisał o zbrodniach Stalina i sam był w swoim czasie wyśmiewany i potępiany przez lewicę jako fantasta zimnej wojny – mawiał, że jego zdaniem naziści byli gorsi od komunistów. „Nie umiał wyjaśnić dlaczego, po prostu tak to odczuwał”.

Być może – pisze Cohen – po części da się to wyjaśnić tym, że po wojnie mieliśmy dostęp do nazistowskich archiwów, podczas gdy na przykład chińskie archiwa o Mao Tse Tungu, największym zbrodniarzu dwudziestego wieku, nadal są niedostępne. Do tego dochodzi mgliste, sentymentalne poczucie, że cele komunizmu były szlachetne: równość, uniwersalne braterstwo itp.

Tak czy inaczej, relacja Shindlera o rasizmie antyrasistów, o tym, jak skrajna lewica atakuje najbardziej prześladowane mniejszości, nie pasuje do gotowego, powszechnie przyjętego schematu, według którego komunizm był „wiarą emancypacyjną”. Kontrowersyjność jego książki sprawia, że – zdaniem Cohena – nawet centrystyczna prasa, dla której powszechnie przyjęte schematy są jedynie słuszne, może się nie kwapić do pisania o niej. A jest to, „jeśli nie sekretna historia, to historia sekretu, który jest w pełni widoczny: ukazanie faktów, które są dostępne, ale o których się nie mówi”. Cohen pisze, że gdy zrobił wywiad z Shindlerem w Londynie podczas festiwalu żydowskiej książki, spośród publiczności padły głosy, iż po raz pierwszy słyszą analizę rasistowskich nurtów w myśli lewicowej, choć przecież od początku nurty te były w niej widoczne.

„Rosyjski komunizm i ruchy walczące o żydowską samodeterminację były bliźniakami, rozdzielonymi po urodzeniu” – pisze Cohen. Środowiska żydowskie i lewica były splecione. Wielu z tych, którzy wyjechali do Palestyny, to socjaliści, marzący o „Nowej Jerozolimie w Jerozolimie”. Inni widzieli Nową Jerozolimę w Moskwie. Ale z powodów praktycznych nie mniej niż teoretycznych nie mogli dojść do porozumienia: „Dla rewolucjonistów walka o żydowską samodeterminację przeszkadzała w skupieniu się na głównym celu, jakim było uniwersalne wyzwolenie. Antysemityzm był tylko pozostałością średniowiecznych zabobonów, które – twierdził Lenin – w miarę postępu ludzkości znikną, wraz z samym judaizmem, wraz z wszelkimi narodowymi, klasowymi i religijnymi różnicami”.

Cohen jest jednym z bardzo niewielu na Zachodzie – i nie tylko na Zachodzie – którzy rozumieją (i na dodatek ośmielają się głośno twierdzić), że „przekonanie, iż komunizm jest lepszy od nazizmu, przeszkadza nam w rozpoznaniu rewolucji bolszewickiej jako pomysłu, który był szalony od samego początku”, i którzy pamiętają o tym, że bolszewicy musieli zniszczyć niezależne żydowskie organizacje tak samo, jak wszelkie inne. Przypomina też Cohen o szczególnym zagrożeniu, jakie dla bolszewików stanowił socjalistyczny syjonizm – i o tym, jak Lenin oczyścił ruch komunistyczny z Bundowców.

Stalin natomiast, pisze Cohen, w odróżnieniu od Lenina (czy słusznie ich pod tym względem odróżnia – nie jestem pewna) był prawdziwym antysemitą i może to właśnie między innymi przeszkodziło mu w rozpoznaniu, czym naprawdę jest nazizm i doprowadziło do paktu z Hitlerem. Rzecz ciekawa, że po pakcie Ribbentrop-Mołotow, który oddał Żydów z ziem zachodnich w ręce Hitlera, liczba członków brytyjskiej partii komunistycznej wzrosła, pisze Shindler. I dodaje, że choć według niektórych historyków pakt ten miał niby wstrząsnąć „całym pokoleniem lewicowców” (choć trudno to po nich poznać), prawie nikt nie przejmował się losem polskich Żydów.

Cohen słusznie zauważa, że niektóre cechy rasizmu starej lewicy wydają się bardzo współczesne. Po pierwsze, przypomina on, że komuniści nie mogli oczywiście oskarżać Żydów o należenie do „judeo-bolszewickiego” spisku; musieli nazwać to spiskiem prawicowym i syjonistycznym, nie „żydowskim”. Podczas procesu Slanskiego i innych czechosłowackich komunistów w 1952 r. władze mówiły o „światowym ruchu syjonistycznym”, organizowanym przez amerykańskich imperialistów, na czele których z kolei stali amerykańscy syjoniści. Także w Polsce, gdzie dobrze to wszystko znamy z czasów PRL, warto o tych rzeczach przypomnieć – by zdać sobie sprawę z historycznych powiązań, o których pisze Cohen, i uświadomić sobie, jak bardzo obecne zjawisko antysemityzmu na lewicy przypomina oficjalny komunistyczny antysemityzm, nazywany także wtedy „antysyjonizmem”. „Komuniści – pisze Cohen – wyobrażali sobie gigantyczny syjonistyczny spisek, (…) ale twierdzili, że są wrogami syjonizmu, nie antysemitami. U współczesnych lewicowców spotykamy bardzo podobne wypowiedzi, gdy mówią oni o „izraelskim lobby”, zastrzegając się, że ich teorie spiskowe nie mają nic wspólnego z rasizmem”.

Za Stalina lewicowi Żydzi stawali w obliczu kolejnego testu lojalności; wśród nich, pisze Cohen, było wielu, którzy „w ogóle nie uważali się za Żydów i z ulgą porzucili swoją dawną religijną i kulturalną tożsamość, by życie poświęcić Partii; i oto Partia teraz ich za to żydostwo potępiała. W Czechosłowacji każdy Żyd był podejrzany. Gdy aresztowano Artura Londona, wiceministra spraw zagranicznych w rządzie Slanskiego, jeden z aresztujących go powiedział, że Hitler miał rację na temat Żydów i że „my skończymy to, co on zaczął”. Zachodni komuniści nie protestowali, ze strachu, że zostaną wyklęci na lewicy.

Od tego czasu – pisze Cohen – wiele było podobnych testów lojalności dla Żydów i prób wymuszania na nich, by potępili Izrael; by wypowiedzieli się „jako Żydzi” i oświadczyli otwarcie, że „jako Żydzi” wstydzą się państwa Izrael i nim gardzą. „Kampania bojkotowania izraelskich uniwersytetów domaga się od izraelskich pracowników uniwersyteckich, by udowodnili, że nie są antypalestyńscy, inaczej nie zostaną dopuszczeni do współpracy z Europejczykami”.

„Lewicowe postawy – pisze Cohen – były niezwykle konsekwentne. Komunizm przerodził się w antykolonializm. Izrael pozostał obiektem szczególnie wściekłego potępiania – mimo że syjonizm był zarazem ruchem osiedleńców i ruchem antykolonialnym, który atakował imperium brytyjskie. Antykolonializm z kolei przerodził się w bunty 1968 r. W Niemczech lewicowi terroryści związani z grupą Baader Meinhof twierdzili, że odrzucają nazizm swoich rodziców, ale udowodnili, że niczym się od tych ostatnich nie różnią, gdy podłożyli bombę na spotkaniu upamiętniającym rocznicę Kristallnacht. Dziś większość lewicy zapomniała o hasłach uniwersalnych wartości, jakie kiedyś głosili. To konserwatyści i liberałowie prędzej podkreślają potrzebę asymilacji, podczas gdy lewica nad wszystko wynosi „różnorodność” i „inność” – dla wszystkich oprócz Żydów. (…) Izrael jest wyjątkiem wśród narodów: jest jedynym suwerennym państwem, którego prawo do istnienia bywa rutynowo kwestionowane”.

Cóż jednak, pyta Cohen, ma dziś z nami wspólnego historia antysemityzmu na lewicy? “Przez ‘lewicę’ Shindler rozumie bowiem skrajną lewicę, która to za czasów Stalina i Mao była jedną z najbardziej przerażających sił w historii ludzkości, ale dziś jest już niczym. Związku Sowieckiego nie ma. (…) Kogo dziś obchodzi komunizm? (…) Nawet marksiści nie wierzą już w marksizm-leninizm”.

Więcej (Teologia Polityczna)

Awatar użytkownika
Bilu1939
Moderator
Moderator
Posty: 6099
Rejestracja: 09 lipca 2010, 18:16
Lokalizacja: Polska B

Postautor: Bilu1939 » 28 marca 2015, 13:50

Piotr Skwieciński ciekawie o wznowieniu prac Grupy ds Trudnych w 5 rocznicę katastrofy pod Smoleńskiem.
http://wpolityce.pl/polityka/238897-nie ... ym-polakom
"Konserwatysta jest wrogiem radykalizmu, zarówno prawicowego, jak i lewicowego. Konserwatysta jest patriotą, ale nie jest nacjonalistą. Konserwatysta jest zwolennikiem autorytetu i poszanowania władzy, ale jest wrogiem despotyzmu" - Janusz Radziwiłł.

Awatar użytkownika
Marchewa
Administrator
Administrator
Posty: 12199
Rejestracja: 14 września 2004, 13:11
Lokalizacja: Toruń
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Marchewa » 28 marca 2015, 18:09

Znowu prawicowa wizja polityki zagranicznej jako bytu czarno-białego. Jeżeli chcemy myśleć o Rosji po Putnie musimy mieć tam jakiekolwiek forum współpracy.
Spory polityczne trwają najdłużej gdy obie strony nie maja racji.
Gonzalez Suarez

Awatar użytkownika
Bilu1939
Moderator
Moderator
Posty: 6099
Rejestracja: 09 lipca 2010, 18:16
Lokalizacja: Polska B

Re: Inne felietony, inni felietoniści

Postautor: Bilu1939 » 31 października 2015, 13:50

"Konserwatysta jest wrogiem radykalizmu, zarówno prawicowego, jak i lewicowego. Konserwatysta jest patriotą, ale nie jest nacjonalistą. Konserwatysta jest zwolennikiem autorytetu i poszanowania władzy, ale jest wrogiem despotyzmu" - Janusz Radziwiłł.

Awatar użytkownika
Marchewa
Administrator
Administrator
Posty: 12199
Rejestracja: 14 września 2004, 13:11
Lokalizacja: Toruń
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Re: Inne felietony, inni felietoniści

Postautor: Marchewa » 31 października 2015, 14:14

Za chwilę odkrywczy rewizjoniści odkryją że Wałęsy nie było w stoczni.
Spory polityczne trwają najdłużej gdy obie strony nie maja racji.

Gonzalez Suarez

Klamot88
Wójt
Wójt
Posty: 646
Rejestracja: 10 czerwca 2013, 17:05
Lokalizacja: POZnan

Re: Inne felietony, inni felietoniści

Postautor: Klamot88 » 03 kwietnia 2016, 11:45

Czekam na list Kutza, Jandy, Wujca i Kijowskiego w proteście przeciwko atakowi na Lisa
http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/cz ... gos-innego

Awatar użytkownika
Nazgul
Moderator
Moderator
Posty: 26420
Rejestracja: 15 stycznia 2006, 15:39
Lokalizacja: Wrocław :)

Re: Inne felietony, inni felietoniści

Postautor: Nazgul » 03 kwietnia 2016, 12:08

kiedyś się robiło artykuły o sprawach, dziś robi się artykuły o artykułach. Dzięki czemu można tam napisać wszystko na dowolny temat :D
A po za ty uważam, że trzeba zakazać cyfr arabskich. ;)
"Rząd próbuje przekonać Wysoką Izbę, że konstytucja nie obowiązuje, posługując się sprostytuowanymi prawnikami" JKaczyński 2003 r.

Awatar użytkownika
Clint Eastwood
Minister
Minister
Posty: 3332
Rejestracja: 04 grudnia 2008, 12:36
Lokalizacja: k.

Re: Inne felietony, inni felietoniści

Postautor: Clint Eastwood » 03 kwietnia 2016, 12:27

faktycznie jest taki trend. w serwisach i prasie branżowej jest to zrozumiałe. mniej zrozumiałe jest to w normalnych serwisach informacyjnych.
co do lisa - to generalnie "zły człowiek i nie wierzy w boga" ;) .

Awatar użytkownika
Nazgul
Moderator
Moderator
Posty: 26420
Rejestracja: 15 stycznia 2006, 15:39
Lokalizacja: Wrocław :)

Re: Inne felietony, inni felietoniści

Postautor: Nazgul » 03 kwietnia 2016, 22:52

A po za ty uważam, że trzeba zakazać cyfr arabskich. ;)
"Rząd próbuje przekonać Wysoką Izbę, że konstytucja nie obowiązuje, posługując się sprostytuowanymi prawnikami" JKaczyński 2003 r.


Wróć do „Prasa”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości